My podejście do levelowania w grach RPG uległo ostatnio całkowitej zmianie. Mam wrażenie, że coś jest ze mną nie tak, bo przestałem zupełnie przejmować się awansowaniem na kolejne poziomy. Kiedy pojawia się ten znajomy komunikat z efektami dźwiękowymi i uroczystym błyskiem, ja siedzę i zastanawiam się, za co właściwie jestem nagradzany. To, co gra nazywa osiągnięciem, dla mnie jest zwykłą, rutynową czynnością. Prawdziwy rozwój postaci odczuwam dopiero w trakcie walki, kiedy mój build nagle zaczyna działać jak należy i przestaję improwizować, a zaczynam grać z konkretnym zamiarem. Gra nazywa to postępem, ja nazywam to grzecznym powiadomieniem z kompleksami niższości.
To wrażenie nasila się, gdy pomyślę, jak łatwe stało się zdobywanie poziomów w większości współczesnych RPG. Kiedyś było to coś, co faktycznie zauważało się i do czego dążyło przez dłuższy czas. Teraz poziomy przychodzą tak często, że zanim zdążę zarejestrować jeden, kolejny już czeka w kolejce. Ten kultowy "ding" kiedyś był małym świętem, które zdobywało się wysiłkiem i cierpliwością. Dziś brzmi jak dzwonek przy drzwiach, który odzywa się za każdym razem, gdy robisz krok we własnym domu. To zwykły szum tła.
Kiedyś levelowanie było dla mnie najczystszą obietnicą, jaką mogła złożyć gra. Zaczynasz słaby, wkładasz wysiłek, stajesz się silniejszy – prosta, oczywista zależność. Działało, bo postęp miał wagę, a każdy poziom był czymś, na co trzeba było zapracować, a nie czymś, na co się po prostu natknęło. "Ding" w grach takich jak World of Warcraft był momentem wartym zatrzymania. Gra doceniała twój trud w sposób, który miał znaczenie. Teraz często jest to tylko odhaczenie punktu z listy, o którym nawet nie wiedziałem, że go mam.
Co dziwne, prawdziwa wartość systemów levelowania nie leży już w samym poziomie, ale w tym, co on ze sobą niesie. Punkt talentu, nowa umiejętność, faktyczna zmiana w działaniu postaci. To tam podejmuje się znaczące decyzje, a nie wtedy, gdy liczba skacze w górę. Łapię się na tym, że całkowicie ignoruję komunikat o awansie i od razu otwieram drzewko umiejętności, tak jakby to ono było prawdziwym ekranem nagrody. Poziom to tylko paragon, który drukuje się przed tym, co naprawdę interesujące.
Ta zmiana wpływa na to, jak ogólnie odczuwamy progresję. Zamiast być stałym wspinaniem się, staje się serią znaczących przerw ukrytych w automatycznym systemie. Nie ekscytuję się już levelowaniem, bo zdarza się to zbyt często, by nieść jakikolwiek emocjonalny ciężar. To jak słyszeć oklaski tak często, że przestajesz zakładać, że są skierowane do ciebie. Gra wciąż bije brawo, ale ja już przeszedłem do części, która faktycznie zmienia sposób, w gram.
Gdy w myślach odrzucę system levelowania, nie tracę poczucia progresji. Tracę jedynie nawyk mierzenia go liczbą, która pojawia się niezależnie od tego, czy mnie to obchodzi. Tak naprawdę zależy mi na tym, jak postać ewoluuje w moich rękach podczas gry, a nie jak często system decyduje się przerwać mi grę świętowaniem. Rozwój wydaje się bardziej realny, gdy zmienia to, co mogę zrobić, a nie tylko to, jak się nazywam. Chcę progresji, która jest zmianą tożsamości, a nie pieczątką w dzienniku.
Widzę już ten kierunek we współczesnych projektach RPG. Systemy skupiające się na umiejętnościach, buildach i wyborach gracza są zazwyczaj bardziej znaczące niż surowe tempo zdobywania poziomów. Nowy punkt talentu, który faktycznie zmienia sposób, w jaki podchodzę do walki, znaczy o wiele więcej niż numer poziomu, który osiągam prawie przypadkowo. Te momenty to prawdziwe decyzje, a nie automatyczne kamienie milowe. To różnica między byciem poinformowanym, że się poprawiłem, a nagłym odkryciem, że gram inaczej, nawet o tym nie myśląc.
W tym momencie levelowanie nie wydaje mi się bezużyteczne, ale nadużywane w sposób, który osłabia jego wpływ. Ekscytacja, którą kiedyś niosło, została rozdzielona na inne systemy, które lepiej odzwierciedlają faktyczną rozgrywkę. Im bardziej RPG skłaniają się ku tym systemom, tym bardziej tradycyjny awans na poziom zaczyna przypominać pozostałość po starym rytuale. Wciąż go zauważam, ale rzadko już cokolwiek czuję. Punkt talentu to moment, w którym gra naprawdę otwiera się na nowo, a wszystko inne jest tylko szumem, który do niego prowadzi.