Nigdy wcześniej bycie fanem „Avatara: Legendy Aanga” nie było tak chaotyczne i ekscytujące. 17 lat po zakończeniu kultowego serialu animowanego, franczyza wraca na pierwszy plan w wielkim stylu – za sprawą nadchodzącego serialu „Avatar: Seven Havens” oraz oczywiście filmu „The Legend of Aang: The Last Airbender”, który wyciekł do sieci na kilka miesięcy przed planowaną premierą na Paramount+ w październiku. Zanim jednak fani będą mogli legalnie obejrzeć tę kontynuację, osadzoną kilkanaście lat po wydarzeniach z serialu, subskrybenci Peacock mogą już teraz zapoznać się z adaptacją, która poszła źle w zasadzie we wszystkim.
„The Last Airbender” w reżyserii M. Nighta Shyamalana jest często określany jako jedna z najgorszych adaptacji w historii i nie jest to przesada. Film, który miał być pierwszym rozdziałem trylogii (nigdy niezrealizowanej), zdobył katastrofalne 5% pozytywnych recenzji krytyków na Rotten Tomatoes. Zwykli widzowie nie byli łaskawsi – przyznali mu jedynie 30%. Produkcja trafiła do biblioteki Peacock 1 maja i obejmuje cały pierwszy sezon serialu, opowiadając o tym, jak Aang – ostatni mag powietrza i Awatar – wraz z Katarą i Sokką próbuje powstrzymać Naród Ognia.
Niskie oceny krytyków i widzów nie są bezpodstawne. Film ponosi spektakularną porażkę na wielu płaszczyznach, szczególnie w kwestii przedstawienia ekipy Awatara. Aang, Katara i Sokka są bezdusznymi karykaturami swoich serialowych pierwowzorów. Figlarny, zabawny i charyzmatyczny Aang zamienia się w generycznego, pozbawionego polotu „wybrańca”. Katarze brakuje namiętnej zaciętości, a Sokka zostaje całkowicie pozbawiony swojego humoru, stając się drewnianą, nudną postacią. Film nie potrafi też oddać koleżeństwa i rosnącej więzi między bohaterami – ich interakcje są mechaniczne i kompletnie nieautentyczne, co niszczy to, co w oryginalnym serialu stanowiło jego serce.
Poza fatalnym przedstawieniem głównych bohaterów, próba upchnięcia wszystkich 20 odcinków „Księgi Wody” w około 100 minut ekranowego czasu zaowocowała niewiarygodnie pospieszną historią, która nie pozostawia miejsca na rozwój postaci, budowanie świata czy emocjonalne zaangażowanie. Nawet magia, kluczowy element uniwersum, wypada kompletnie bez polotu, a sceny akcji nie mają ani dynamiki, ani płynności, ani kreatywnej choreografii znanej z animacji. Film spotkał się również z falą krytyki za obsadzenie w rolach głównie białych aktorów (zamiast różnorodnej, inspirowanej Azją obsady serialu) oraz za błędną wymowę imion głównych postaci.
Majowa oferta Peacock jest całkiem bogata. W tym miesiącu na platformie pojawiły się już takie filmy jak „Pojutrze”, „Dirty Dancing”, „Galaxy Quest”, „Marsjanin” czy „Pulp Fiction”, a przed nami jeszcze sporo innych tytułów. 11 maja Peacock doda „Arthur the King”, 21 maja – „Wicked”, a 22 maja – osiem filmów Quentina Tarantino.