Rewolucja streamingowa, która totalnie zmieniła oblicze telewizji, na początku pominęła jeden z jej najważniejszych elementów: epicki miniserial. Niegdyś filar telewizyjnego krajobrazu, z premierami będącymi prawdziwymi fenomenami – od "Korzeni" w latach 70., przez "To" Stephena Kinga w latach 90., aż po "Kompanię Braci" w XXI wieku – dziś jest to nieco zapomniana sztuka. Miniseriale oczywiście wciąż powstają, ale tylko garstka rocznie potrafi zawładnąć popkulturą, a ich sukces najczęściej oznacza, że przestają być "mini" i są zmuszane do kontynuacji.
Lata 80. były złotą erą miniseriali, a dokładnie czterdzieści trzy lata temu, 1 maja 1983 roku, zadebiutował jeden z najbardziej kultowych. Nosił tytuł złożony z jednej litery – "V". To science fiction, napisane i wyreżyserowane przez Kennetha Johnsona, wdarło się na ekrany z impetem. Nie tylko dzięki genialnej jak na tamte czasy kampanii marketingowej, ale też historii, która trafiała w sedno dla fanów gatunku. "V" było wpływowym miniserialem, a przez dekady postarzało się jak dobre wino.
"V" było natychmiastowym hitem
W "V" Johnson opowiedział historię o kosmitach lądujących na Ziemi, pozornie chcących zostać sojusznikami ludzkości. Znani po prostu jako "Najeźdźcy" (stąd tytuł), proszą Ziemię o zasoby dla swojej planety w zamian za obcą technologię. Jak można się domyślić, to wszystko jest podstępem. Naukowcy, którzy szybko dostrzegają pęknięcia w fasadzie przybyszów, są po cichu usuwani lub stawiani poza prawem, gdy Najeźdźcy przejmują kontrolę nad planetą. Okazuje się, że pod ludzką postacią kryją się gady, które chcą przejąć wszystkie ziemskie zasoby, a nawet pożreć ludzi.
Zainspirowany powieścią "To się tutaj nie może zdarzyć" z czasów przedwojennych, opowiadającą o możliwym dojściu nazistów do władzy w USA, Johnson stworzył historię o kosmitach jako alegorię faszyzmu. Robi to bez cienia subtelności – pojawia się postać ocalałego z Holokaustu, a insygnia Najeźdźców przypominają swastykę.
Nie wszyscy jednak chcą ugiąć karku przed międzygalaktycznymi władcami. Tworzą się grupy rebeliantów walczące na całym świecie. Wśród nich jest Mike Donovan (Marc Singer), kamerzysta telewizyjny, który jako jeden z pierwszych zauważa, że Najeźdźcy nie są tak altruistyczni, jak się wydawali. Ich walka nie jest zbyt skuteczna – drugi odcinek "V" (wówczas ostatni) kończy się kontrolą Najeźdźców nad Ziemią, a rebelianci wysyłają w kosmos wiadomość z prośbą o pomoc. Widzowie zostali z niedosytem, ale niedługo.
Przed premierą "V" prowadzono prowokacyjną kampanię marketingową, nowatorską nawet jak na dzisiejsze standardy. Na stacjach metra w wielkich miastach pojawiły się plakaty z Najeźdźcą w mundurze i hasłem "Najeźdźcy są naszymi przyjaciółmi". Kilka dni później zastąpiono je wersją z wielkim czerwonym "V" – symbolem z serialu. To zadziałało. Artykuł z "The New York Times" z 1983 roku ujawnił skalę sukcesu: 39% widzów w Nowym Jorku oglądało serial, w Los Angeles było to 41%, a w Chicago ponad 47%. To był prawdziwy blockbuster tamtej ery.
"V" stworzyło nową franczyzę sci-fi, naznaczoną cliffhangerami
Ogromny sukces dwóch odcinków "V" natychmiast wpisał serial do kanonu popkultury. Powstały zabawki, książki, komiksy, a nawet gra wideo. Sukces i prowokacyjny cliffhanger wymusiły sequel. "V: Ostateczna bitwa" pojawił się nieco ponad rok później, jako trzyodcinkowy miniserial kontynuujący fabułę. Problem w tym, że twórca Kenneth Johnson i NBC nie mogli dojść do porozumienia, więc Johnson opuścił projekt, a jego wkład został podpisany pseudonimem.
I znów – serial okazał się hitem i ponownie zakończył się otwartą konkluzją. Mimo tytułu "Ostateczna bitwa" nie była końcem. Miniserial doprowadził do powstania pełnoprawnego serialu. "V: Seria" zadebiutowała jesienią 1984 roku, ale choć wywodziła się z produkcji, która zrobiła wrażenie na publiczności, nie utrzymała jej zainteresowania na długo.
Johnson znów nie był zaangażowany, a serial napotkał poważne problemy w swoim jedynym sezonie. Mimo że gwiazdy Jane Badler i Marc Singer powrócili, "V: Seria" został anulowany w trakcie produkcji ostatniego odcinka, który porzucono. Zgadnijcie, jak się to skończyło? Kolejnym cliffhangerem. Przedostatni odcinek stał się finałem, zostawiając widzów bez rozwiązania i z mnóstwem wiszących wątków.
Od tamtej pory "V" pozostało popularne wśród fanów sci-fi, często z zastrzeżeniem, że oryginalny miniserial był szczytem formy. Jak to bywa z franczyzami, historia wróciła – w późnych latach 2000. powstał remake z Elizabeth Mitchell, Morrisem Chestnutem, Laurą Vandervoort i Moreną Baccarin. Nowa wersja "V" emitowana była przez dwa sezony (2009-2011). Schemat się powtórzył – finał drugiego sezonu zakończył się cliffhangerem, a serial anulowano bez odpowiedzi.
Od tamtego czasu "V" nigdy do końca nie zniknęło. Dwa lata temu powstały słuchowiska na podstawie oryginalnych scenariuszy Johnsona, a przez lata wielokrotnie zapowiadano film. Co przyniesie przyszłość, nie wiadomo. Jedno jest pewne: jeśli "V" uda się kiedyś powrócić, osoba odpowiedzialna za jego historię powinna wcześniej ustalić zakończenie, by przerwać zaklęty krąg frustrujących cliffhangerów.